wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział V

O czymkolwiek ten człowiek mówił napawało mnie to przerażeniem. Czy on nie wiedział co przeszłam? Ta martwota, przebudzenia, a teraz to! Czy to nie za dużo jak na jeden dzień? Ale kogo ja się pytam, nikt mi nie pomoże.
Niepewnie rozejrzałam się po sali. Świetnie nie jestem w tym sama. Koło mnie stała jakaś dziewczyna. Na moje oko miała może 25 lat. Była całkiem ładna. Miała długie brązowe włosy. Związane w wysoki kucyk. Mrużyła swoje ładne, niebieskie oczy. Chyba zauważyła, że się jej przyglądam. Odwróciła swoją głowę i popatrzyła na mnie. W jej oczach zobaczyłam strach i zdezorientowanie. 
Świetnie! Czyli nikt nie wie co się dzieje. Odpowiedziałam jej niewyraźnym uśmiechem. Nie uśmiechnęła się w odpowiedzi. Nie drgnął jej ani jeden mięsień twarzy. 
No nieźle się zapowiada. Trafiłam do jakiegoś dziwnego pomieszczenia z dziwnymi ludźmi, którzy też nie wiedzą o co chodzi. Lepszego wolnego nie mogłam sobie wymarzyć! A i nie zapominajmy, że sama się zabiłam. Ale to chyba najlepsze, co spotkało mnie przez ten tydzień. Najpierw wywalili ze studia. A szło mi tak dobrze. Moje nagrania miały miliony wyświetleń. Ale nowy szef miał to w dupie. I to dosłownie nawet mi to powiedział. A raczej wykrzyczał prosto w twarz!
To i tak nie najgorsza rzecz z tego koszmarnego tygodnia. Potem rzucił mnie chłopak. W takim momencie, kiedy go potrzebowałam. Ale faceci tak robią. Nie powiedział mi nawet dlaczego. Po prostu nie chcę mu się i tyle.
Byłam załamana dlatego to zrobiłam, ale w sumie teraz wolę żyć. Ci ludzie na podwyższeniu są bardzo dziwni. Patrzą na nas i mówią jakieś dziwne rzeczy. Nie zrozumiałam ani słowa. To było takie pokręcone. Gra? Jaka gra, o co chodzi? Tak niby zapewniali, że możemy nie rozumieć, ale sorry. Przesadzają. Chcę wyjaśnień! 
I ku mojemu zaskoczeniu mężczyzna nazywany James'em odezwał się patrząc na mnie:
-Żąda pani wyjaśnień, panno McGrath? A więc dobrze, rytuał rozdania może zaczekać. Ale od czego zacząć. Ach tak najlepiej od początku. A więc historia jest długa. Sięga początku VI wieku naszej ery, rzecz jasna. Mam nadzieje, że państwo znają legendy arturiańskie? Tak? Wspaniale. A więc kontynuując. Wiecie jak zginął. Tak? Również wspaniale. I tu zaczyna się gra. Jeśli jesteś słaby z historii przepadniesz. Musicie jednak wiedzieć, że nie łatwo jest przegrać. Łatwiejsze jest zwycięstwo! Zmotywowani? Znakomicie. Zaczynamy. Alfie? Gdzie jest ten głąb?!
Sama zaczęłam się zastanawiać. Ale nie wiedziałam. W ogóle nic nie wiedziałam. Przez te jego wyjaśnienia miałam jeszcze większy mętlik w głowie. Kim są ci ludzie? Zapytałam siebie po raz nie wiadomo który. Ale wiedziałam, że na odpowiedź przyjdzie mi poczekać.
A tym czasem James zaczął wołać Alfe'go. Miałam więc czas na rozglądnięcie się po sami. Oprócz ładnej brązowowłosej w rzędzie stał chłopak. Był trochę młodszy od dziewczyny. Ale za to jak 'był'! Wyglądał niesamowicie. Włosy postawione na żelu, niegrzeczny błysk w oczach. O tak, takich chłopców lubię. Cała niemiła sytuacja z moim ex przestała mnie interesować. Miałam teraz nowy cel. 
Obok niego stała średniego wzrostu dziewczyna. Równiez miała brązowe włosy. Ale była inna od nas wszystkich. Stała pewnie, bez obawy. Jakby wiedziała, co się dzieje, a może wiedziała? Wątpię, ale muszę ja obserwować.
W międzyczasie znalazł się Alfie. W rekach niósł dziwne naczynie. Coś jakby połączenie rogu jednorożca z umieszczoną na nim misa w kształcie kryształu. Naczynie wyglądało imponująco. Kiedy mężczyzna podał je swojemu towarzyszowi ten wyszeptał jakieś niezrozumiałe słowa i wrzucił do misy niebieski kurz. 
-Teraz czeka was najfajniejsze-wyszeptał podniecony Alfie i potarł rękami.-No na co czekasz?
-Nie popędzaj mnie - rozkazał James.
-Nie wątpię, że to będzie niezwykłe- wyszeptał przystojniak i skrzyżował ręce na piersiach.
Zachichotałam. Czyli on też nie stracił zimnej krwi? Postanowiłam nie być gorsza i stanęłam tak jak on. I znowu zaczęłam się śmieć.
-Widzę, że nie traktujecie tego poważnie- powiedział z rozczarowaniem James. - To nic zabawa właśnie się zaczyna.
Mówiąc te słowa uniósł ręce wysoko, a chwilę później jedną zanurzył w naczyniu. Trzymał ją tam jakiś czas, a potem z triumfalnym uśmiechem wyciągnął ją. 
-A więc stało się nieuniknione - wyszeptał z czcią. - Ourida-elimpiq połączyła was. Panno McGrath proszę podejść.
Trochę spanikowana wystąpiłam krok na przód. Popatrzyłam w tył na ludzi z rzędu. Stali z równie niepewnymi minami jak moja. Miałam podejść czy zostać tam gdzie jestem? Zdecydowałam zrobić jeszcze jeden krok w przód.
-Wystarczy - powiedział James i znowu zanurzył rękę w misie. - Panno Clarke proszę wystąpić. 
Popatrzyłam na dziewczynę, która okazała się 'panną Clarke'. Była to ta ładna, która się do mnie nie uśmiechnęła. Wystąpiła i stanęła koło mnie.
-A więc jesteście połączeni - krzyknął uradowany Alfie.
-Alfie, trochę spokoju- upomniał go James. - Tak więc drużyna Wybranych to wy- skazał palcem na mnie i Clarke. - Wy zaś - pokazał chłopaka i drugą dziewczynę.- to Naznaczeni. Miłej zabawy. - i zniknął na malutkimi drzwiami ukrytymi za gobelinem. To samo uczynił Alfie.
A więc zostaliśmy sami, w ciemniejącej sali. Bezradni, sparaliżowani strachem, ogłupieni. Co mamy robić? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? I po co to  wszystko? Na te pytania nikt z nas nie znał odpowiedzi. 
K. MG.

niedziela, 2 lutego 2014

Rozdział IV

-Nie mogę tego tak zostawić. Nie rozumiesz tego?- zareagował jak zawsze zbyt nerwowo na słowa matki Joseph. Bo jaka kochająca matka może mówić takie rzeczy! To oburzające. - Ona była dla mnie naprawdę ważna. Nie potrafię, nie mogę...
-Już dobrze. Ciii...- podeszła do syna i mocno go objęła - Przepraszam. Widzę jak bardzo ci na niej zależało. Nie była ci obojętna. Lubiłeś ją, prawda?
'Lubiłem? Mamo ja ja naprawdę kochałem! Mieliśmy wspólne plany. Były bardzo bujne, ale piękne. A teraz jest juz za późno. Ona nie żyję. Ja się załamuję. Ale nie dam się muszę dowiedzieć się, co się stało. Kto ja zabił? Kto..'
Już chciał powiedzieć to swojej matce, ale kiedy podniósł wzrok zobaczył jej zapłakane oczy. Nie odważył się. Nie chciał łamać jej serca. Ona na pewno stwierdzi, że to ryzykowne. Że jemu tez może się coś stać. Nie powiem jej zachowam to dla siebie.
-Nie masz ochoty na rogaliki. Właśnie świeże upiekłam.
'Kochana mama zawsze wie jak rozładować napięcie i zmienić temat. Jest taka wspaniała.' - pomyślał Joseph.
-Oczywiście, że chcę. Twoję sa najlepsze. Jak ty je robisz?
-Aaaa, nie ma. Nie zdradzę nikomu mojej tajnej receptury. Uważaj jeszcze mogą być gorące.
Żadna osoba trzecia nie znała receptury tych przepysznych rogalików miodowych. Były najlepsze w całym mieście. Ich zapach był tak intensywny, że nie dało się mu oprzeć. Dlatego za namowa Josepha i jego brata, Peeta rodzice zdecydowali się na otworzenie ciastkarni. Od tego momentu po domowej kuchni zawsze pływał ten zapaszek z nutką miodu i cynamonu. Było to chyba najradośniejsze miejsce w domu, mimo że pomalowane na ciemno szaro ściany nie kojarzyły się z ciepłem rodziny Dumanów. Tu zawsze tak było odkąd tylko Joseph pamiętał. 
Czasem brakowało mu tego miejsca. Ale nie potrafił zdobyć się na odwagę i zamieszkać tutaj ponownie. Wolał własny dom. Tam czuł się naprawdę dobrze i bezpiecznie. Żadnych ścian w kolorze szarym, ale same radosne barwy. A kiedy spotkał Emilie jego życie znowu wywróciło się do góry nogami. Zakochał się w niej i to na zawał. Mieli wziąć ślub. Już nawet planowali wspólne wakacje. I nagle ten wypadek. Na samą myśl o tym Josephowi zatrzęsły się ręce.
-Wszystko w porządku kochanie?- zapytała z troską mama.- Znowu o tym myślisz? Może idź się przespać. Jutro będzie lepiej. Zobaczysz. A może wolisz zostać u nas. Po co masz się sam zadręczać. Jeszcze coś Ci się stanie. Zostaw tą sprawę. Policja na pewno już jest na tropie. To są specjaliści. Po co ci się do tego mieszać?
-Mamo, ty naprawdę nie rozumiesz?-Joseph próbował panować nad emocjami.- Ona jest dla mnie ważna. Nie potrafię tego olać. Nie chcę- łzy juz naciekły mu do oczu.- A policja? Co oni mogą zrobić? Stwierdzą, że to wypadek. Umorzą  śledztwo, a sprawca pozostanie bezkarny. Nie chce, żeby tak się stało. Zrozum ja ją...
- Już dobrze. Zjedz jeszcze rogalika.
-Nie chce twojego rogalika. Nie chcę nic od was- Joseph nie próbował już ukryć emocji.- Nie chcecie mi pomóc? To nie. Sam sobie też poradzę. I ja ją KOCHAM. Naprawdę. Nie wiem czy tego nie rozumiesz, czy nie chcesz zrozumieć. Ale taka jest prawda pogódź się z tym i żyj dale. Wychodzę.- Odwrócił się i jak najszybciej wyszedł. Nie ubrał nawet kurtki.
Trzaskając drzwiami nie usłyszał wołania matki. Nie chciał słyszeć. Chciał jak najszybciej zostać sam.  Wsiadł do swojego białego opla insignia zaparkowanego pod domem. Nie patrzył na tablice rozdzielczą. Po prostu jechał nie zdejmując nogi z gazu. Zaczął łkać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. Z jego oczu ciekły coraz większe łzy. Były to łzy złości, smutku i tęsknoty. 
Nie zauważył kiedy znalazł się pod własnym domem. Wjechał autem do garażu i wszedł po kamiennych schodach do dwupiętrowej willi z białego kamienia. Usiadł w fotelu i sięgnął do baru. Wziął butelkę whisky nie szukając szklanki. Odkorkował zębami i zaczął duszkiem połykać duszący napój. Nie pomyślał, że jutro musi stawić się w biurze o 9 z nowym projektem hotelu Alpanama. Chciał zatopić swoje smutki. Jakże niemądrze. 
Kiedy butelka została opróżniona sięgnął po następną. Kiedy już miał ją w ręku rozbrzmiał dzwonek do drzwi. 'O tej porze? Przecież juz dochodzi jedenasta'.
Wolno doczłapał się do drzwi i otworzył wszystkie trzy zamki.
-Witaj, słyszałem, że masz problem...

piątek, 31 stycznia 2014

Rozdział III

-Witajcie w grze! Wielkie otwarcie! Nareszcie dotarliście. Długo kazaliście na siebie czekać. Macie jednak szczęście, że jesteśmy cierpliwi. Inaczej nie dostalibyście tej szansy. Czujcie się więc zobowiązani. Na razie musicie się pocieszyć tym, że żadne z was nie wie, o co chodzi, a tajemnicy potrafimy dochować. Szybko więc się nie dowiecie po, co was zaprosiliśmy. Bo oprócz cierpliwości mamy też  umiejętność trzymania języka za zębami. Poczekajcie więc, gdyż muszę porozmawiać z sobą. Chodź Alfie musimy to obgadać.
-Co o nich sądzisz?
-Jacyś tacy martwi są.
-Wiesz, wcale się nie dziwię. Bo oni są przecież martwi!!! Nie zauważyłeś tego leszczu - mówiąc to wzniósł palce złożone w "L".
-Acha, no tak. Nie zauważyłem. Ale są jacyś tacy nijacy. Tacy zdezorientowani.
-Bo przecież nie wiedzą o co chodzi. Ćwierć inteligencie!
- A my wiemy o co chodzi prawda? Bo jak nie wiemy o tym o czym mamy wiedzieć to co tu jeszcze robimy?
-Oczywiście, że wiemy o co chodzi. Ja wiem na pewno. I mam nadzieję, że ty również. No wiesz, gra, łzy, nieśmiertelność, Przeszłość.
-Czekaj, bo się pogubiłem, ale już coś mi świta. To wszystko przez ten wypadek, kiedy straciłem pamięć nie możesz mnie za to cały czas winić!
-Nie mogę, nie mogę ...- odwrócił się i podszedł z powrotem do mównicy.- Oczywiście, że chcecie wiedzieć w jakiej sprawie się tutaj zebraliśmy. Ja też chcę wam powiedzieć. Otóż jak już wspominałem, jesteście odtąd w grze. Ale nie myślcie sobie to nie jest zwykła gra. Ta gra jest niesamowita. Wręcz nie do opisania. Prawda Alfie? Ty inteligentna inaczej kreaturo przestań drapać się po języku, kiedy zwracam się bezpośrednio do ciebie! Nie ważne. Olejcie tego bałwana. Więc o czym to ja? A tak o grze. Od teraz od niej zależy wszystko, co macie i czego nie macie. Musicie zrobić wszystko, co tylko jest w waszej mocy. Wytężyć umysł na maksymalne obroty. Ale wieżę, że poradzicie sobie z tym, co was czeka. A zapewniam, że zabawa jest gwarantowana. Przynajmniej dla niektórych, ale to nie ważne. Dość ogółów czas przejść do szczegółów, jak to się mówi - wypowiadając te słowa zaczął trząść się jakby w ataku info-cylo-lato-spazmy i śmiać się przerażającym śmiech, który nawet najodważniejszym odbiera odwagę. 
-Nie mów za dużo, bo stracimy na zabawie - wtrącił Alfie.
-Ależ Alfie, masz mnie za idiotę?-odparł ze złością James.- Nie zamierzam powiedzieć więcej niż wymaga tego sytuacja i dyplomacja. Nie mogę pozwolić sobie na brak szacunku od tych młodych ludzi. Większości dowidzą się po wstępie i częściach ogólnych. Już nie mogę się doczekać! Jak mniemam jesteście gotowi na przygodę życia?
-James nie przesadzasz? Oni są martwi nie pieprz o życiu. Mnie ono też napawa wstrętem. A zwłaszcza ludzie żujący gumę i nazywający się magistrami....aż mam ciarki, kiedy o tym pomyślę...brrrr....
-Ależ wybaczcie Alfie i wy szanowni goście. Nie traćmy jednak dobrego smaku. Gra to świętość i nie można jej lekceważyć. Jest naprawdę ważna. Może najważniejsza w waszym życiu.
-Jmaes...
-Przebaczcie znowu. Pod żadnym względem nie można naginać zasad! Ale one są naprawdę proste. Nie martwcie na pewno zrozumiecie. Więc najważniejsze żebyście na razie zapamiętali, że NIE WOLNO łamać zasad. A one brzmią tak: nie żadnych zasad, ale się ich trzymamy, nie wymyślamy zasad, ale się ich trzymamy i ostatnia ni zapominamy o zasadach, ale je stosujemy nawet w razie utraty pamięci. Myślę, że wszystko jest jasne. Przejdziemy może do przyjemniejszej części. Alfie zapodaj proszę ouridę-elimpiq. Zabawa właśnie się rozpoczyna - i zaczął się histerycznie śmiać...

czwartek, 9 stycznia 2014

Rozdział II

-Czy on już...-usłyszałem łamiący się głos Kirsten. Boże, czemu ona tu jest! Dlaczego musi na to patrzeć? Ale nie jest sama. Kto tu jest? 
- Obawiam się, że odszedł-odpowiedział drugi głos należący do chłopaka, którego dobrze znałem. Należał do mojego przyjaciela. Tego prawdziwego. Dylana. To on był zawsze koło mnie. To on mnie wspierał. Był tym rzadko spotykanym prawdziwym przyjacielem. Ceniłem go bardzo. Tylko on mnie rozumiał. Wyciągał mnie ze wszystkich kłopotów. Przy nim czułem się bezpiecznie. Dobrze, że teraz tu jesteś.
Chciałem spojrzeć na tych najlepszych ludzi, jakich spotkałem w swoim życiu. Otworzyłem oko, i drugie. Otworzyłem oczy?! Coś jest nie tak. Widzę jakbym był żywy. Kirsten przytulona do Dylana. Nie mogłem znieść tego widoku. Zerwałem się szybko. Oni nie zareagowali. 
-Halo!-krzyknąłem. Nadal bez reakcji. - Co jest ku**a! 
I nagle to zobaczyłem. Mnie. Martwego. Bez życia. Bez koloru. Bez oddechu. Zimnego. Czyli ja nie żyję, tak?
-O chodzi? Co złego zrobiłem?- wzniosłem ręce do nieba. Jak na zawołanie rozpadał się deszcz. Kirsten z Dylanem uciekli.
Deszczu się boicie? Tacy przyjaciele! Zostawicie mnie teraz? Ale poczułem, że nie jestem sam. Że jest tu ktoś jeszcze. Że ten ktoś naprawdę mnie wspiera. Ale on o tym nie wie. Czułem to wewnątrz mnie. Tak w środku. Chciałem spotkać tą osobę. Musiałem ją znaleźć. Kim jesteś? Czy żyjesz? Czemu to ty? O co chodzi? Czemu to czuję? Byłem pusty. Niepełny. Czegoś mi brakowało. Tej osoby.
Stop... Zatrzymaj się Scocie. Pomyśl. Co ty w ogóle wygadujesz?  Źle się czujesz. To zrozumiałe. W końcu jesteś martwy. Ale ta druga część ciebie? To kompletny bełkot. Nie ma to sensu. Odpocznij trochę. 
Mimo woli usiadłem. I zaraz potem się zerwałem. Nie, muszę iść. Muszę znaleźć tą osobę. Kimkolwiek jesteś, gdziekolwiek jesteś, jakkolwiek wyglądasz ja muszę... muszę...
Zacząłem siłować się z samym sobą. Odpoczywaj! Idź! Siadaj... Dalej... Rusz się... Stop... Jedna noga, druga... Powoli... Szybciej.... Na ziemię... Wstawaj...
Pomyśl może. Jesteś martwy, tak? To jakim prawem do cholery się ruszasz?! No nie wiem. Może to magia. Teraz wszystko jest możliwe. A może koka nie wyparowała Ci z głowy? Nie już jestem sobą. 2+2=4 Wszystko w porządku. Idź więc.
-No, Scott. nieźle się wpakowałeś...
S.H.

***

Już dość tego leżenia. Chciałam wstać, mimo, że ból rozsadzał mi przestrzelone płuco. Czy to możliwe żeby mnie bolało? Chciałam dotknąć rany po kuli. Ale nie było jej. Podniosłam głowę. Plama owszem, obrzydliwy czerwony kolor. Ale dziura jakby zniknęła. Zerwałam się przestraszona nie na żarty.
 Czy to możliwe, żebym żyła? Przecież pamiętam jak kilka minut temu poczułam ten straszliwy ból. Z wrażenia opadłam znowu na miękki dywan. Co się mogło stać? Czy to był tylko sen? Niemożliwe, bo skąd ta plama? A może nie trafił? Nie możliwe, przecież nie ma nawet śladu. Ale ta krew. Musze to sprawdzić.
Już miałam wstać, ale poczułam ciężkie uczucie samotności, że znowu opadłam na dywan. Co się ze mną dzieje?! Przecież całe życie byłam samotna. Czemu teraz odczuwam to tak dotkliwie? Z czym nie mogę się pogodzić? Ze śmiercią? To nic nowego, całe czas na nią czekałam. Wiedział, że będzie wcześniej niż tego chcę. Wiedziałam też, że nie umrę naturalnie. Że będzie to zabójstwo. Ale czemu teraz? Za bardzo się narażałam. Zrobiłam jeden zły krok. I o ten jeden za dużo.
Potrzebuję kogoś o kogo mogłabym się oprzeć. Kto mógłby podać mi rękę. Ktoś kto by mnie wsparł. Pomógł wstać. Ktoś kto pocieszył by mnie w smutku. Po prostu był ze mną...
Wiem jednak, że nikt nie przyjdzie. Nie jestem taka jaką chcieli mnie rodzice. Poukładaną córeczkę, z osiągnięciami. Chcieli mojego szczęścia i ja ich rozumiem, ale nie potrafię pogodzić się z ich planami. Zawsze się buntowałam. Byłam inna i taką siebie zaakceptowałam. Ale widać tylko ja. Nikt nie potrafił tego docenić.
Ta samotność taka pusta, ciemna, zimna, głęboka, cicha, odległa, ale taka bliska, nie do pokonania, ziejąca wstrętem i odrazą...
Co muszę teraz zrobić? Przekonam się czy żyję. To był mój pierwszy pomysł. Ale jak go wykonać? Na to pytanie nie potrafiłam już znaleźć odpowiedzi. Bo jak niby mogłabym tego dokonać? Brzmi banalnie: żyję czy nie żyję? Ale pytanie to nie wszystko. Ważniejsza jest odpowiedź. A w tym wypadku jej brak.
Tak więc pozbierałam się wreszcie z podłogi i stanęłam przed lustrem. Tak jak myślałam, nie ma odbicia. Nie dobrze! Znaczy, że albo nie żyję, albo jestem Wampirem. Czyli w sumie wychodzi na to samo. Jestam martwa!
Nie jest łatwo się z tym pogodzić nie wierzcie pozorom. Umrzeć... marzenie wielu nastolatków...niesłusznie...
Co ja mam teraz zrobić? Może żyć jak przedtem? To będzie trudne, wręcz niewykonalne. Skoro ja siebie nie widzę, to inni na pewno też mnie nie dostrzegą. W sumie to plusy. Będę mogła dalej działać w mojej ekologicznej organizacji, niezauważona przez przeciwników. To będzie wspaniałe! Nie będę wiecznie karana, wyśmiewana, poniżana, upokarzana. Wreszcie zacznę wygrywać procesy, niszcząc zarzuty. To będzie dopiero życie..., ale będzie po życiu. To już mniej optymistyczna wizja. Ale i tak najlepsze, że wrescie wygram...
-Nie tak Natalie,nie tak...
N.P.

sobota, 28 grudnia 2013

Rozdział I

Koniec tej męki pomyślałam. I po prostu wstałam. To było dziwne. Ale czułam się lekko. Jak nigdy za życia. Miałam ochotę skakać. Dlaczego nie? - pomyślałam. I zaczęłam skakać. To były najwyższe skoki w moim życiu, czułam się jak ptak.
I nagle się przewróciłam. Dopiero wtedy zaczęłam się rozglądać. Dotarło do mnie gdzie jestem. To ta sama sala szpitalna, w której przed chwilą umierałam. Ale jak to możliwe? Podeszłam do łóżka. I...
- To niemożliwe!- krzyknęłam. Na łóżku leżało moje ostygłe ciało. Zakręciło mi się w głowie. Zaczęłam się cofać. I znowu się przewróciłam. Nie odwróciłam się żeby zobaczyć, co to. Doczołgałam się do drzwi. Żeby tylko wyjść. Uciec. Zniknąć.
Kiedy znalazłam się na korytarzu wstałam i zaczęłam biec. Za zakrętem prawie wpadłam na lekarza. W ostatniej chwili go wyminęłam, ale zahaczyłam o niego ręką. Moje zdziwienie było ogromne, kiedy moja ręka przeniknęła prze człowieka. Zaczęłam krzyczeć, ale nikt mnie nie słyszał. 
'Co się ze mną dzieje?'- pytałam samą siebie w myślach.-' Nie mogę być żywa. Nie jestem też martwa. Co jest nie tak?'
Wiedziałam, że na odpowiedź będę musiała jeszcze trochę poczekać. Bałam się. Po raz pierwszy odkąd pamiętam. Zadko kiedy towarzyszyło mi to uczucie. Było mi obce. Dziwne. Przerażające. Ale potrzebne. Orzeźwiło mnie. Stanęłam na szpitalnym korytarzu i chłonęłam pełnymi garściami strach. To brzmi absurdalnie, ale ja to właśnie robiłam. Chciałam to czuć. Czuć strach.
Pełna strachu i obaw usiadłam na krześle w poczekalni. Wzdychnęłam. Co mogłam innego zrobić?
Jedyne co przychodziło mi do głowy w takiej sytuacji to zabić się. Ale jak? Przecież już to raz zrobiłam. Po co marnować na to czas znowu. 
A może ja jestem nieśmiertelna? Głupota, tacy ludzie nie istnieją. A może się nie zabiłam? Nonsens, przecież widziałam siebie martwą. A może mam podwójne życie? Kretynka, bo przecież nikt mnie nie widzi.
Ci wszyscy ludzie są żywi a mnie nie dostrzegają i nie słyszą moich krzyków.
I w tej ciszy słyszę głos:
- Masz jakiś problem dziewczynko...
K.MG

***

Chyba już. Stwierdziłam i wstałam. Co ja robię? Przecież jestem nieżywa. Znaczy się martwa. Tak brzmi lepiej. To było dziwne uczucie. Świadomość własnej śmierci. A zarówno życia. Chociaż nie wiem czy żyję. To jest naprawdę dziwne. Przerasta mnie ta sytuacja. Jest paranormalna.
Co jest za mną nie tak? Przestań głupio myśleć. Chyba zwariowałaś. Pewnie wypadek nie był na tyle poważny i nie umarłam. I w tej chwili spojrzałam na swoje buty. Chciałam spojrzeć na nie i tylko na nie. 
Zaczęłam krzyczeć. Bo zobaczyłam swoje ciało bezwładnie leżące w krzakach. Jak to? Podeszłam i pogłaskałam mój zimny policzek. Chyba był zimny, bo nic nie poczułam. Moja ręka przeniknęła. 
Teraz wypadki potoczyły się szybko. Ktoś krzyknął. Hamulce pisnęły. Ktoś podbiegł. Złapał za moją martwe ciało leżące w krzakach. Wystukał numer pogotowia ratunkowego. Coś niezrozumiale szeptał. Biegał dookoła ciała. 
A ja? Co ja mogłam zrobić? Stałam i patrzyłam ze łzami w oczach. Jak ostatnie promyki nadziei gasnął w oczach tego człowieka. Jak załamuje ręce. Jak nogi  się pod nim uginają. Jak pada na ziemie. Jak zanosi się płaczem. Wiedział, że jest za późno i ja też wiedziałam. 
Czy tak czuje się człowiek po śmierci? To myśli? To widzi? To chce zrobić? To... 
Zaczęłam krzyczeć i płaczeć jednocześnie. Razem z tym cierpiącym człowiekiem. Ciekawe co myśli? Jak się czuje będąc światkiem śmierci? Nie chciałam tego wiedzieć.
Podeszłam żeby zobaczyć jego twarz. Odsłonił opuchnięte oczy, a ja zakryłam swoje. 
-Nie, nie- zaczęłam błagalnie szeptać, a potem coraz głośniej wręcz krzycząc.- Nie, nie. Nie on!
Bo moim oczom ukazała się postać Josepha. Mojego chłopaka. Nie chciałam żeby to widział. Wszyscy tylko nie on. Ze zmęczenia usiadłam na drodze. Potem pamiętam jak przez mgłę. Przyjechała karetka, zabrała mnie, wsiadł Joseph. A ja dalej płakałam. I n ie chciałam przestać. I wtedy usłyszałam głos
-Nie płacz to jeszcze nie koniec...
E.C.

środa, 25 grudnia 2013

Prolog

Cały świat śledził to co się tutaj działo. Łzy i przerażenie w oczach nie pozwalało zasnąć rodzinie. Bracia nie mogli się z tym pogodzić. Zostawiłam ich...
Tak to ja Katie McGrath. Samobójczyni. Zła dziewczynka. Niewdzięczna córka. Niepoprawna psychologicznie siostra. Niezrozumiała przyjaciółka. Ostatnia wariatka. Może już słyszeliście?
Kiedy oczy się już zamkną, ciało ostygnie i ostatni oddech się wyczerpie rozumiesz dopiero, co robisz. Jest już za późno. Boisz się tego, co potem. Jest ci wstyd za to, co robisz. Ale ja byłam inna. Zrobiłam to z premedytacją i po przemyśleniach. I co najważniejsze: nie żałuję.
Teraz mnie już nie ma. Zostawiam was z waszymi problemami, mnie już nie dotyczą. Czekam teraz na dalszy ciąg. Co się wydarzy? Nie wiem. Ale wiem, że będzie ciekawie. Bo kiedy umrzesz nic nie jest już takie samo. Życie wydaje się takie odległe i nie dostępne, ale ja NIE ŻAŁUJĘ swojej decyzji. Uwolnienie się od kłopotów jest tego warte zwłaszcza kiedy cię przerastają, kiedy masz dość!
Ja nie żałuję! Nie bałam się śmierci. Sprawiła mi przyjemność. Zabijanie się to najlepsza rzecz, jaką możesz zrobić w życiu. A co potem to nieważne. Żyje się przecież żeby umrzeć.
Ja już mam to za sobą. A ty?

  K. MG.

***

Wiedziałam, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Nie wiedziałam tylko kiedy. Bałam się go. Bo kto normalny nie boi się tego właśnie dnia. Na pewno nie ja. Byłam przerażona, kiedy to się działo. Nie wierzyłam.
Zawsze odważna. Nie bojąca się wyzwań. Otwarta na ludzi. Mądra i wykształcona. Zabawna. Przyciągająca do siebie ludzi. Tak to ja Emilia Clarke.
Teraz nic nie zostało z tej odwagi. Brakuje ci jej najbardziej, kiedy odchodzisz. Kiedy twoje ciało leży okaleczone w krzakach. Kiedy kierowca, który cię potrącił ucieka.
Bałam się! Co się stanie z moją rodziną? Czy się dowiedzą? Jak się dowiedzą? Co pomyśli sobie Joseph?
Jak sobie beze mnie poradzą? A czy kierowca, który mnie potrącił  zostanie ukarany?
To były moje ostanie myśli. Ostatnie odlatujące wraz z ostatnim wydechem. Spływające na liście wraz z ostatnimi kroplami krwi.
Moje życie się skończyło. A Twoje?
E. C.

***

Ten występ był najbardziej udany ze wszystkich. Dlaczego skończył się tak tragicznie? Nie chciałem tego. To stało się tak szybko. I stało się to tylko i wyłącznie z mojej winy. Mój błąd, za który zapłaciłem najwyższą cenę. Życie!
Znacie mnie. Nie? Ale to ja Scott Hoying. Znany. Podziwiany. Wspaniały. Utalentowany. Obiekt wzdychać dziewczyn. Przystojny. Chcący z życia wszystkiego, co najlepsze.
Ten dzień był sprawdzianem. czy myślę dwa razy. Ja oblałem test. Nie zdałem, bo nie pomyślałem. Przedawkowałem. A na nieszczęście popiłem czystą. Nie było dla mnie ratunku. Znajdą mnie dopiero jutro. Będzie już za późno. Bo to moja wina. Ja jestem temu winny. Ja ponoszę odpowiedzialność. Ja dostanę karę.
Ale uświadamiasz to sobie kiedy już nic się nie da zmienić. Kiedy leżysz rozpalony na ziemi i oddajesz ostatnie tchnienie. Opuszczony i samotny. Wiesz, że nikt nie przyjdzie nikt ci nie pomoże. Jesteś zostawiony sam sobie. Próbujesz wstać, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Upadasz znowu i już się nie podnosisz. Chcesz krzyczeć o pomoc, ale twoja wysuszona krtań nie pozwala. Teraz pragniesz końca cierpienia, chcesz żeby cię już zabrakło. I kiedy ta chwila nadchodzi czujesz się jak nowo narodzony jest ciemno i zimno, ale to i tak lepsze niż to co było wcześniej.
Ja już czuję to zimno i ciemność. A Ty?
S.H.

***

To stało się nagle. Nie wiem dlaczego. I pewnie się nie dowiem. Nie chciałam tego. Chciałam żyć. Miałam marzenia. Chciałam je zrealizować. Życiowe plany do osiągnięcia.
Nazywam się Natalie. I jestem.... Byłam człowiekiem. Chcącym czegoś więcej. Żądałam zmian. Chciałam zmienić świat. Na lepsze? Nie wiem. Tak mi się wydawało.
I dlatego, że taka byłam to się stało. Było ciemno ktoś odciął prąd, wybił szybę i.... więcej nie pamiętam. Teraz kiedy leżę i oddycham lekko z przestrzelonym płucem boję się i płaczę. Po co mi to było? Mogłam być normalna. Nie wariować. Bez demonstracji mieć rodzinę i przyjaciół. A teraz? Umieram w samotności.
Czy ktoś dowie się co się stało? Czy będą za mną płakać? Kto mnie zabił?
To mnie ludzie mnie zabili. Zabiła mnie moja samotność. Nie odsuwaj się od ludzi, którzy chcą Ci pomóc. To oni mogą zmienić Twoje życie.
Samotność.... gorsza od śmierci.
Ale teraz dla mnie za późno. Właśnie się wykrwawiam. Ale nie jest mi źle, że to koniec. Bo to koniec. Nikt nie będzie o mnie pamiętać.
Na koniec rada: SAMOTNOŚĆ zabija, kiedy żyjesz. Jeszcze wolniej, boleśniej, skuteczniej.
Ja umarłam z samotności. A Ty jak chcesz umrzeć?
N.P.



poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wstęp

ŚMIERĆ-tego w życiu jesteśmy pewni
ŚMIERĆ- najpiękniejsza rzecz w życiu
ŚMIERĆ- nie zapominaj o niej nigdy
ŚMIERĆ- jedyna towarzyszka życia
ŚMIERĆ...